Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zainteresowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zainteresowania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 maja 2014

Podnad rok z jogą

W lutym ubiegłego roku rozpoczęła się moja przygoda z jogą (można rzecz ponowna, gdyż pierwsza próba skończyła się szybko ale to z głupoty mej)  i już teraz śmiało mogę powiedzieć, że tym razem szybko się nie skończy. Uważam, że praktykowanie jogi to jeden z lepszych wyborów w moim życiu (jak i ogólnie powrót do aktywności fizycznej), który widzę jak plusuje w moim życiu. 

Wspaniale jest mieć pasję w życiu a joga staje się nią dla mnie. 

Co ma takiego w sobie joga, że jest dla mnie taka ważna? 
Na to pytanie nie da się krótko i konkretnie odpowiedzieć.

Kiedy zaczynałam, nie miałam specjalnego powodu aby zaczynać praktykować jogę. Jak większość uważałam ja za nudną. Przekonał mnie przyjaciel (którego wysłał tam lekarz ortopeda) mówiąc, że po pierwsze nie jest nudna, po drugie już po miesiącu widzi różnice i po trzecie, że jest niesamowicie intrygująca. Co jest takiego intrygującego w jodze, pomyślałam. Szybko zaczęłam szukać szkoły i tak trafiłam na Sadhane. Ukończyłam dwu miesięczny kurs po którym byłam nią zachwycona ale okoliczności i styl życia w ówczesnym czasie spowodował, że miałam inne piorytety. Po kursie do jogi nie wróciłam. Z perspektywy czasu uważam to za mega głuptę ale trudno. Po ok roku wróciłam do Sadhany.

Od lutego 2013 roku nie wyobrażam sobie nie praktykować jogi. Za cel obrałam sobie ukończenie kursu nauczycielskiego co oznacza jeszcze długą drogę. Sam kurs trwa 3 lata, a mi, abym mogła na niego się w ogóle zapisać brakuje 2 lat regularnej praktyki. 

No, dobra ale co jest takiego w jodze? 

Znam osoby, które na jodze były parę razy i się w niej nie rozkochały. Po kursie może 1/3 albo i mniej kontynuuje praktykę. Na zajęciach spotyka się raczej te same osoby z domieszką nowych twarzy.
Ktoś by pomyślał, że raczej marny argument "za". Może kiepski ale nie każdy sport jest dla każdego. Wszystkiego trzeba próbować bo, a nóż trafi się na coś co się tak bardzo polubi, że będzie częścią naszego życia. 

Do sedna. Co mi dala joga?

Nie wiem jak i od czego zacząć więc może wyjść mały chaos.
Przede wszystkim dużo lepszą sprawność fizyczną, która objawia się lepszym rozciągnięciem mięśni, ścięgien/ciała, gibkością, kontrolą i panowaniem nad ciałem, siłą, lepszą równowagą. Te wszystkie czynniki mają niesamowity wpływ na moje poczynania na siłowni. Jestem w stanie lepiej wykonywać ćwiczenia technicznie no i moje mięśnie są w dobrej kondycji po przez regularne rozciąganie. Od czasu kiedy praktykuje joge nie bolał mnie kręgosłup (no chyba że były to zakwasy po siłowni) a wcześniej się to zdarzało choćby przez skoliozę. Bóle głowy też jakby minęły, a potrafiły trzymać nawet i parę dni. Od tego czasu znacznie poprawiła się moja postawa. Zawsze mama krawcowa szyjąc mi kolejna kieckę poprawiała mnie, ponieważ mój prawy bark wędrował w dół, a ostatnio powiedziała "może zapytasz na tej jodze o kolana swoje bo z barkiem widzę, że już znacznie lepiej." [Jeśli chodzi o kolana, mam po prostu krzywe nogi spowodwane tak zwanymi "szpotawymi kolanami"]

Ufff dla mnie to już sporo plusów

Hmm warto dodać, że na jogę może chodzić każdy, nawet ten który ma problemy zdrowotne, wady postawy i inne rzeczy które nie pozwalają mu uprawiać sportu. Wystarczy przed zajęciami zgłosić taką sprawę nauczycielowi a ten dostosuję ćwiczenia do nas.

Co jeszcze? 

Samopoczucie jest lepsze, tak jakby życie i problemy stają się lżejsze. Wiele rzeczy zostawiamy za sobą i postrzegamy nasze otoczenie z dużo większą pogodą ducha. Po prostu czujemy się lepsi we własnym ciele, dostrzegamy jak wiele możemy, jak silni jesteśmy. Zapewne jest to spowodowane postępami w praktyce i endorfinami, a może ta joga, oddech i medytacje faktycznie coś w sobie mają.

No i co bardzo ważne, szkoła do której trafiłam jest profesjonalna, ma rewelacyjnych nauczycieli, miłych i sympatycznych uczniów, do tego ciepła i fajna atmosfera, że chce się tam wracać.

Wszystkich niezdecydowanych gorąco zachęcam na kurs w Sadhanie, bo wierze, że się do jogi przekonacie. Nowy kurs wystartował dzisiaj (5.05.2014) i zapewne są jeszcze miejsca.
A później na praktykę do Tomusia :)

NAMASTE



poniedziałek, 9 września 2013

Małe podsumowanie.

Przychodzi taki czas, że się człowiek chce pochwalić swoimi postępami i efektami pracy w które włożył wiele wysiłku :)
Kiedy postanowiłam "coś" ze sobą zrobić i zaczęłam chodzić na siłownię był grudzień 2012. Początkowo nie schodziłam z areobów, a jak już to na maszyny do "robienia nóg". Niedługo później trafiłam na Ewe Chodakowską i Mel B z którymi codziennie ćwiczyłam. Regularnie chyba jakieś 3 miesiące. Trochę mi zabrało aby przekonać się do wolnych ciężarów i szczerze nie wiem czy to był marzec czy kwiecień kiedy areoby oraz "panie motywatorki" porzuciłam na rzecz hantli, sztangi itp. Późno, ale lepiej później niż wcale. Okres "zimny" to też regularne granie w squasha. Tylko czekać aż pogoda sprawi, że chłód poniesie na kort. W lutym do siłowni doszła joga, coś co jest moim głównym zajęciem, obowiązkowo 2 razy w tyg, zdarza się częściej.  Teraz kiedy mam 2 tyg przerwę (oby nie dłuższą) spowodowaną trudnością z dotarciem na zajęcia, gdyż praca mi to utrudnia codziennie krwawi moje serce :( Kolejno w kwietniu a może już maju wsiadłam na rower. Najchętniej bym z niego nie schodziła ale czasami trzeba. A w czerwcu bieganie. Przy tym wszystkim zdrowe, racjonalne i obfite posiłki. To wszystko sprawiło, że od grudnia moje ciało zmieniło się diametralnie. Zgubiłam zbędny tłuszcz (choć uporczywie trzyma się w rejonie pośladków ale to już chyba taka moja uroda) i zaznaczyłam ładnie mięśnie. Zaczynając przygodę ze sportem nie planowałam się rzeźbić, nawet nie planowałam znacząco chudnąć. Celem było poprawienie zdrowia, kondycji i ujędrnienie ciała. Aktualnie chudnąć już nie chce za to wkładam sporo pracy aby ładnie wyrzeźbić mięśnie, co sprawi podniesienie wagi. Chcę zamienić tłuszcz na mięśnie. Trochę sobie utrudniłam sprawę przez rower i bieganie bo spala to sporo kalorii, dlatego staram się temu zapobiegać stosując suplementy.
Tak w skrócie wygląda ostatnio moje życie, zdecydowanie lepsze niż przed rozpoczęciem tego wszystkiego. Nie tylko fizycznie jest lepiej ale i psychicznie :) Polecam! To podnosi jakoś życia :D

a teraz efekty :)

Waga - 68kg -> teraz 61kg - liczę na 63kg kiedy "przypakuję"
A w obwodach średnio po - 5cm (niestety cycki też maleją ;))

Grudzień 2012



Luty 2013


Maj 2013



Sierpień 2013



Wrzesień 2013





Ku motywacji!

czwartek, 5 września 2013

"Kocham swój rower" czyli pierwsza SETKA zaliczona

Na samą myśl, że idzie wrzesień i sezon letni dobiega końca, a pogoda też coś zapowiada rychły początek jesieni (oby splatała figla i z latem dłużej trzymała) robi mi się smutno. Poranki zimne, wieczory również i wiatr nabrał na sile, niestety daje znak o tym, że na wycieczki rowerowe zostaje coraz mniej czasu. Tymczasem moje Dziecko (tak, zdecydowanie nim jest) wyposażam w różne gadżety, a siebie w profesjonalne odzienie  :) 

Trochę czasu już minęło od wyprawy, która spowodowała, że chce więcej i więcej i więcej.

Pierwsza setka zaliczona - choć nic na to nie wskazywało :D
trasa ułożyła się tak, że przypomina głowę.. z jednym włosem ;)
"Ma tyle włosów co ja" - rzekł mój towarzysz ;)


Czas marniutki ale to nie on było tu piorytetem, z resztą "autopauza" nie zawsze działa, niestety ;) Trasa w Parku Krajobrazowym to coś co będę wspominać długo i wiele razy mam nadzieję tam wracać. Podjazdy i zjazdy jakie sobie zafundowaliśmy sprawiają, że piórka rosną, a satysfakcja jest tak ogromna, że w nocy śniły się historie rowerowe (a może to ze zmęczenia :P ). Dumna jestem z siebie bardzo i  tylko czekam na wolny dzień i ładną pogodę i wyruszam w trasę, mam nadzieję równie długą :)

środa, 10 kwietnia 2013

Spring Breakers

Dzisiaj, coś co jeszcze nie pojawiło się na tym blogu, a pojawić się musi, gdyż odkąd pamiętam jako pierwsze wypowiadam, to "słowo" kiedy ktoś pyta o moje zainteresowania.
FILM czyli moja wielka miłość.
W końcu przyszła pora na pierwszą, dobrą (mam nadzieję) i MOJĄ osobistą recenzję filmu.





Lubię takie filmy, o których mało co wiem, których opis jest bardzo ogólny, o których jest głośno ze względu na obsadę lub realizatorów, jednocześnie, obok znanych nazwisk pojawia się "znaczek" któregoś z festiwali filmowych. A już najbardziej lubię jak film mnie zaskakuje i to nie tym, że po seansie okazuję się arcydziełem, tylko formą i obrazem jakich się nie spodziewałam.

Spring Breakers jest idealnym przykładem na to wszystko, co opisałam powyżej. A dlaczego?
Z opisu niewiele wynika, a jak wynika to kolejna produkcja dla nastolatków, o nastolatkach przedstawiona w stylizacji amerykańskiego podwórka. BA czegoś się spodziewać widząc na plakacie takie nazwiska jak Gomez i Hudgens. Do myślenia daje ten "nieszczęsny" Festiwal w Wenecji. Pomyśleć można, ale jak to taki film na takiej imprezie? Wystarczy spojrzeć na nazwisko reżysera, Ci co znają jego produkcję od razu będą wiedzieć, że nie jest to zwykły film, a Ci co go nie znają, niech co nieco o, nim poczytają. Tym sposobem można dojść do wniosku, że to nie jest kolejna ckliwa historia z happy endem o amerykańskich nastolatkach. Więc czym jest??
Na wstępie, polecam podejść do tego filmu z dystansem i pozbyć się wszelkich oczekiwań. Podejść do niego z czysta, pustą głową, żeby dostrzec w, nim TO COŚ.
Po drugie daruje sobie opis fabuły. 
Uwaga!!
Od tego momentu czytasz na własną odpowiedzialność! Choć brak w tej recenzji opisu fabuły, nie odpowiadam za bardzo prawdopodobne zepsucie seansu i odbioru filmu ;) Ja bym tego nie chciała wiedzieć przed obejrzeniem SB

Kiedy w dwóch pierwszych minutach filmu zobaczyłam dużo cycków, dużo dup, jeszcze więcej cycków i dup a w tle słyszałam ulubieńca wyzwolonej, a zarazem zakutej w kajdany internetu i tandetnej popkultury młodzieży, czyli Skrillexa, szeroko otworzyłam oczy a jeszcze szerzej buzie. Tylko po to , żeby za chwilę je zamknąć, ułożyć się wygodnie w fotelu i pomyśleć o kurwa, no to jazda. 
Łooo to była jazda, jakby to powiedzieć rollercoaster (;P). W tym filmie jest wszystko czego możemy się spodziewać, ale zaraz obok wszystko to czego raczej nie oczekiwaliśmy. 

Główne bohaterki tak jak pies spuszczony ze smyczy, poczuły wolność i robią wszystko aby trwała ona jak najdłużej. Czują, że mogą wszystko i tak też robią, prowadząc nas po dzikim, wolnym świecie, w którym nie ma zasad, granic, a wszystkie ograniczenia jakie napotykają wychodzą z ich głowy. To nie jest film z głębią, nie ma tu moralizatorskiego przesłania, nie ma też ładnej, grzecznej opowiastki. Dostajemy kawał mocnego, bezlitosnego obrazu. Przerysowanego, kiczowatego, karykaturalnego spojrzenia na dzisiejszy świat popkultury. Prześmiewcze ukazanie, bytu wykreowanego przez media. Inspiracji szukajmy we współczesnych teledyskach, z których aż kipi sexem, nagością, narkotykami, alkoholem, bronią, bogactwem, do tego feeria barw i magia kolorów. hmm w tym filmie jest gorzej ;)

 
W Spring Breakers całą historię opowiadają zdjęcia (genialna robota) a zaraz obok muzyka (takiego mixu dawno nie słyszałam) do tego wszystkiego jakby montaż na odwal się i mamy SEN. Chaos, niedomówienia, kolaż, wyrwania z kontekstu, powtarzalność, kontrasty, zmiany tempa. Brak zbędnych dialogów, wiele powtórzeń. No! Toż to nic innego jak sen ;) Sen, który od początku prowadzi nas do zguby i tak też się kończy.
Patrząc trochę z innej strony, ten film jest 1,5h teledyskiem. Opowiada jakąś historię, nie wszystko w nim jest "dokończone", mamy wiele powtórzeń jak refren piosenki, wszystko jest takie piękne, kolorowe, takie WOW (w klipach też artyści nie uznają półśrodków, wszystko musi zachwycać, w końcu mają parę minut aby widza zachęcić i przytrzymać przed ekranem), do tego dynamiczny montaż, energiczna muzyka.

Uwaga!!!
Tu możesz już czytać! 


Parę słów o aktorach... NIE, może nie, to trzeba po prostu zobaczyć. Choć wiele rzeczy przeciętnego widza, pewnie odstrasza (widząc choćby stronę filmu na filmwebie), to ja gorąco POLECAM!!! Zdaję sobie sprawę,  że to nie jest film dla wszystkich i może się on nie podobać. Jednak zachęcam, choćby dlatego, żeby zobaczyć, że filmy można też robić inaczej.

Ps. Polecam obejrzeć plakaty jakie powstały do filmu , ale po seansie!

 

piątek, 8 marca 2013

Broad Peak - pasja ponad wszystko

Ja, laik, osoba, która w górach ostatni raz była parę lat temu, ale, która miała/ma przyjemność słuchać o górach od osoby, która bez nich nie wyobraża sobie życia (co sprawiło, że na nowo o nich teraz myślę) pozwolę sobie poruszyć ostatni temat ze Świata Gór. 


Wtorek, godzina14:30, napływają pierwsze radosne wieści z Karakorum .4 naszym Polskich himalaistów jako pierwsi zdobyli zimą szczyt Broad Peak(8051mn.p.m). Maciej Berbeka, Adam Bielecki, Tomek Kowalski i Artur Małek na zawsze wpisali się do historii himalaizmu...Choć były już 4 próby zdobycia zimą tego szczytu  i Maciej Berbeka 25 lat temu był "o krok" od pokonania góry, we wtorek to się w końcu udało. Kiedy wszyscy wiwatowali, ciesząc się z sukcesu chłopaków, z boku pojawiały się głosy "przecież muszą jeszcze zejść". Mogło, by się wydawać to formalnością, ale jak się okazuje zejście jest trudniejsze niż wejście.

Środa- napływają nowe wiadomości, A. Bielecki i A. Małek dotarli do C4 (obóz na wysokości 7400m, z którego zaczynali atak szczytu), natomiast T. Kowalski i M. Berbeka zostali uznani za zaginionych. Nie dotarli do obozu, nie ma z nimi łączności i nie widać na podejściu do szczytu żadnego ruchu. Wielka niewiadoma i ogromny strach co z nimi. Radość przez łzy i wielkie wyczekiwanie na nowe wiadomości.

Czwartek - choć wielu wciąż żyje nadzieją, że chłopaki w końcu pojawią się w obozie, wycieńczeni i odmrożeni, ale jednak.. wszystko wskazuję, że nie ma na to szans..

Piątek- ... góra upomniała się o chłopaków :(
 

Tak pokrótce wygląda historia, która ostatnimi dniami zaprząta mi głowę do tego stopnia, że nic pożytecznego nie udało mi się zrobić. Skupić się na pracy i obowiązkach było niemożliwe.


Kiedy w grudniu zobaczyłam wiadomość o rozpoczęciu wyprawy, w międzyczasie mając okazję usłyszeć sporo o historii himalaizmu, w której to Polacy przodują, a "mapa" zdobytych po raz pierwszy 8 tysięczników jest wręcz biało czerwona, ta wyprawa ciągle siedziała w mojej głowie. 15 lutego przeczytałam wiadomość, że A. Bielecki i A. Małek po praz pierwszy przystąpili do ataku na szczyt, mocno trzymałam kciuki aby, im się udało, niestety nie tym razem. 19 lutego M. Berbeka i T. Kowalski ruszyli w stronę szczytu z zamiarem zdobycia go, również, im się nie powiodło. Pomyślałam, że pewnie nic z tego nie będzie. Wtedy właśnie zaczęłam śledzić aktualne informację z wyprawy. Chłopaki są twardzi i nie skończyli na dwóch próbach. Kiedy spadła na mnie wiadomość o zdobyciu szczytu 5.03 radość była wielka.. przedwczesna, ale wielka.. z resztą nie! trzeba się cieszyć z sukcesu tych Chłopaków, nikt, im tego nie zabierze, choć góra zabrała dwóch z nich to spełnili oni swoje marzenie, zginęli robiąc to, co kochali ponad wszystko.
 


Śledząc FP Polski Himalaizm Zimowy na FB, z coraz większym niedowierzaniem czytałam komentarze na tej stronie. Doskonale tam widać jak płytcy, prości i bez wyobraźni są ludzie żyjący w naszym kraju, baa wręcz niedouczeni albo na lekcjach geografii spali. Być może mają też nudne życie, brak marzeń i ambicji. Bardzo niewiele trzeba aby zdawać sobie sprawę jak niesłychanie ciężka jest to wyprawa, jak silnym fizycznie i psychicznie trzeba być i, że człowiek jest tam zdany tylko na siebie. Przerażające jest to jak wyobraźnia ludzi jest ograniczona. Z drugiej strony ilość ekspertów jaka pojawiła się ostatnimi dniami też doprowadza do rozpaczy. Ale nie o tym chciałam, bo jak powiedział Piotr Pustelnik (alpinista, himalaista) ""Dlaczego chodzisz po górach?" - Odpowiedziałem, że ludzi można podzielić na dwa rodzaje: a) na tych, którym nie trzeba tej pasji tłumaczyć. b) na tych, którym się jej nie wytłumaczy."
(wszelkie odpowiedzi na pytania "a dlaczego nie schodzili wszyscy razem?", "dlaczego inni po nich nie wyszli?", "dlaczego nie wysłali helikoptera?" znajdują się na stronie http://polskihimalaizmzimowy.pl/ lub na FB  Mi szkoda czasu i energii na pisania rzeczy, które ławo można sobie wytłumaczyć samemu. Wszelkie szczegóły wyprawy również pod linkami.)

Piotr Pustelnik użył słowa "pasja"..
To takie proste, znane wszystkim słowo. Używamy go bardzo często opowiadając o swoich zainteresowaniach, hobby lub podkreślając, że coś po prostu lubimy.. ale czy wiemy co ono tak naprawdę oznacza? Czym jest pasja? hmmm pasja = mania, zamiłowanie, słabość do czegoś, upodobanie.. ok, ale pasja może być też nałogiem, uzależnieniem, to chyba bardziej obrazuję wielkość tego słowa. Pozytywnym uzależnieniem.

Czy pasją można nazwać co niedzielną wyprawę rowerową? hmm wg mnie nie, natomiast możemy to lubić i spędzać tak miło czas. Pasją może być downhill (ekstremalne kolarstwo górskie), który wymaga mega poświecenia, a nie tylko niedzielnego popłudnia.

Ostatnie wydarzenia pokazują, że pasja jest wszystkim, jest sensem życia, drogowskazem, ścieżką, która prowadzi nas przez życie, oderwaniem od rzeczywistości i codzienności.. każdy człowiek z "prawdziwą" pasją ma swoje wytłumaczenie. Przeciętny Polak, który w swoim życiu myśli kategoriami, dom, rodzina, praca itp. chyba nie jest w stanie pojąć takiej miłości. Pasja to nic innego jak miłość. Dla jednych pasją będą te niedziele wycieczki rowerowe dla innych wchodzenie zimą (i nie tylko) na ośmiotysięcznik co wiąże się z ogromnym ryzykiem. Porównywanie tych dwóch skrajnie różnych rzeczy jest może śmieszne, ale nie powinniśmy tego oceniać, tylko bić brawo tym, którzy przekraczają granicę spełniając swoje marzenia i osiągają swoje cele, często niepojęte i niezrozumiałe, a tych drugich dopingować, bo, skoro lubą jazdę na rowerze to niech sprawią, że nie będą to tylko niedzielne wycieczki.. My cieszmy się swoimi małymi osiągnięciami, drobnymi zainteresowaniami, pracujmy nad nimi, a jak nie mamy to ich szukajmy.. bo być może z małych pasji wyrośnie coś, co będzie naszym sensem życia.

Pytanie jakie nasuwa się nam czytając te smutne newsy z Karakorum to, jak wiele można poświęcić dla pasji? Czy balansowanie na krawędzi życia i śmierci można nazywać pasją? Czy to ma sens i jest normalne? Jak widać, są tacy co poświęcają własne życie. Będąc osobami dorosłymi, świadomymi i rozumnymi, znający ryzyko i wiedzący, że kiedyś robiąc to, co kochają mogą zginąć, nie odpuszczają tylko wciąż podwyższają sobie poprzeczkę. Dla kogoś, kto sportem ekstremalnym nigdy się nie zajmowała, nawet nie próbował, którego pasjonuje czytanie książek, gotowanie czy coś innego "przyziemnego", jest to głupotą, nie zrozumiałe albo tego nie popiera. Spełnia się w tym co robi, cieszy go to, ale nie ryzykujemy życia, nie zastanawiamy się nad tym jakie musi ponieść koszty aby swoją pasję rozwijać człowiek, którego sensem życia są góry, ile siły psychicznej i fizycznej musimy mieć aby przekraczać granice. 


Na szczęście są też tacy, którzy to w całości rozumieją, choć w górach byli kilka lat temu ;)

Ja, ciągle szukam swojej prawdziwej pasji.. choć interesuje mnie wiele rzeczy to niczemu nie poświeciłam się w 100%. Może to brak motywacji, brak funduszy (większość nałogów jest bardzo kosztowna) brak czasu.. a może wszystko na raz.. Patrząc na chłopaków, pomimo tej tragedii, która miała miejsce chce kiedyś tak jak oni kochać robić coś tak mocno, że będzie to moim sensem życia. Czy byłabym skłonna zaryzykować dla niej życie?? hmmm odpowiem, kiedy ją znajdę :)

 

wtorek, 26 lutego 2013

Oskary Fashion



Tego się nie spodziewałam..

Przeglądając zdjęcia z czerwonego dywanu mało, która stylizacja wzbudziła we mnie zachwyt. Aby być szczerą ze swoimi odczuciami, przedstawię tu tylko dwie piękne aktorki w swoich zniewalających stylizacjach. Tylko dwie z samej Gali Oskarowej.

Numer jeden dla mnie to:


 Naomi Watts i jej suknia od Armani Prive


Kolejną Panią, która zasługuje na brawa jest

  Charlize Theron w sukni Dior Couture


I to by było na tyle jeśli chodzi o sama Galę Oskarową. Moim zdaniem, choć obeszło się bez większych wpadek to Panie w tym roku wyglądały zachowawczo, skromnie i poprawnie, zabrakło mi pazura, a może gustuje w bardziej swobodnych kreacjach.... co w sumie potwierdzi się niżej. Na imprezie po Oskarowej, Vanity Fair Oscar Party oraz u Eltona Johna wg mnie mamy wysyp pięknie wyglądających, szczęśliwych i pewnych siebie kobiet. Niektóre suknie mnie niesamowicie zachwyciły i ciężko oderwać od nich oczy. 

Numer jeden dla mnie Oskarów i ich otoczki bezapelacyjnie jest

 Kate Beckinsale w kreacji  Monique Lhuillier

 Ta kobieta od zawsze zachwyca mnie swoją urodą i wdziękiem, nie raz widząc jej stylizacje otwieram szeroko oczy i mówię WOW. Nie inaczej było tym razem.


Diane Kruger w sukience  Giambattista Valli

Diane często bywa moją inspiracją przy wyborze sukienki na przeróżne imprezy, jej styl niemal w 100% trafia w moje gusta. Kiedy przychodzi czas na dorzucenie nowej sukienki do szafy, pierwsze co robię to wpisuję nazwisko "Diane Kruger" w google i patrze co nowego mała na sobie. 


dalej:

Naomi Watts i Jimmy Choo


Natalie Portman  i  Graydon Carter



Miley Cyrus i Azzaro

oraz
Mena Suvari




poniedziałek, 25 lutego 2013

And the winner is




Oskary - Nagrody Akademii Filmowej


Pojawią się dwa posty dotyczące Oskarów, dzisiaj pierwszy dotyczący filmów/osób, do których trafiła statuetka, w kolejnym przedstawię wg mnie najlepsze stylizację tej gali.
Nie sposób ominąć tego tematu, gdyż media całego świata trąbią o tym z każdej strony. O Oskarach mówi się już na pół roku (a nawet wcześniej) przed rozdaniem i długo, długo po. Co jest takiego fenomenalnego w tej nagrodzie?? Szczerze nie mam pojęcia!! Spróbuję wyjaśnić dlaczego Oskary, to mocno okrzyczana nagroda.
Mamy szczęście być Europejczykami i mieć bardziej poukładane w głowie niż Amerykanie. Mamy, to szczęście, że Europejska sztuka jest na znaczniej wyższym poziomie niż Amerykańska (oczywiście są wyjątki) co widać, choćby po filmach. To Europa może poszczycić się wielkimi nazwiskami, wielkimi kultowymi filmami na najwyższym poziomie (nie można tego odmówić Ameryce, ale co jak, co to w Europie produkuję się ambitne, nietuzinkowe, proste, a zarazem wspaniałe filmy). Z drugiej strony 2 bardzo różne kontynenty i 2 bardzo różne kultury co za tym idzie 2 bardzo różne światy kinematografii. Ameryka nastawia się na przepych, bogactwo, wykorzystanie wszelkich środków, aby film oczarował widza, ale niestety nie koniecznie swoją fabułą, talentami realizatorów itp. wręcz przeciwnie efektami wyjętymi z komputera (oczywiście nie traktuje tego jako coś złego, ale widowiskowe kino Hollywoodu jest nie dla mnie, nie w takich filmach się lubuje). Krótko mówiąc, daje nam filmy rozrywkowe. Obok produkcji hollywoodskich w USA powstają filmy niezależne. Z roku na rok Amerykańscy twórcy pokazują, że mają coś więcej do zaproponowania niż wielkie nazwiska, dużo pieniędzy i produkcja z rozmachem. Okazuję się, że są osoby za oceanem, które mają serce do opowiadania historii bez zbędnej otoczki. Chętnie zamieściłabym tu komentarz do rozdania nagród Sundance Film Festival, w którym biorą udział filmy takie jak lubię, czyli proste historie opowiedziane w taki sposób, że długo się o nich pamięta i chętnie do nich wraca, niestety filmy te są jeszcze ciężko dostępne, więc nie mam podstaw, żeby je ocenić.
Po Tym przydługawym wstępie wróćmy do Oskarów. W tym momencie muszę okazać swój hipokrytyzm i wspomnieć, że, choć Oskary dla mnie nie są wyznacznikiem filmów dobrych i wartych wydania 15-25zl na bilet do kina, to śledzę je uważnie, oglądam wszystkie filmy, które mam możliwość i kibicuje tym, które w mojej ocenie na, to zasługują. Żeby nie było, że się hollywoodzkich produkcji nie tykam.. tykam się i to bardzooo często i mam masę filmów, które dostają ode mnie 6/6.
Odnoszę wrażenie, że z roku na rok poziom filmów walczących o Oskara spada. Co prawda wciąż są, to filmy bardzo dobre, a nawet rewelacyjne, ale szybko się o nich zapomina albo same wypadają z naszej pamięci. A może zawsze tak było z Oskarami tylko ja już podnoszę coraz wyżej poprzeczkę. Dodatkowo kompletnie nie trafionym pomysłem, który od paru lat jest wciąż praktykowany, to 9 filmów w kategorii najlepszy film. Nie rozumiem i chyba nigdy nie zrozumiem i nikt mi nie poda argumentu, który mnie przekona, że dobrym pomysłem jest porównywanie ze sobą tak skrajnych filmów, jak dramat wojenny z musicalem, czy dramato-romansu z italian western. No cóż.
Czas na moją ocenę, czy zgadzam się z werdyktem jury, nie do końca, czy w ogóle....






.... i tu nastaję cisza...
jak co roku po rozdaniu mój entuzjazm opada..
nagrody rozdane, a ja mam niesmak, niedosyt i obiecuje sobie (jak co roku), że nie będę się już nimi tak jarała..


Cieszę się z nagrody dla Christopha Waltza. Ten gość u Tarantino pokazuje swój geniusz, za to powinien dostać każda nagrodę świata ;)
Nagrody za scenariusze dla Django i Argo też uważam za dobrze rozdane.
Najlepszy film nieanglojęzyczny - Miłość, to dość oczywista nagroda.
Nagroda za montaż dźwięku jak najbardziej trafiona dla Wroga numer jeden.



Teoretycznie z nagrodą za montaż dla Argo się zgadzam, choć uważam, że daleko mu do Wroga numer jeden w tej dziedzinie.

Z cała reszta nagrodzonych się nie zgadzam jest to dyskusyjne lub nie miałam zdania. Tak czy siak, jestem nie pocieszona.
Ja całym sercem jestem przy filmie "Bestie z południowych krain"- uwielbiam go i uważam go za jeden z najlepszych filmów 2012 roku. Szczerze doznałam niemałego szoku, kiedy zobaczyłam go nominacjach do Oskara. Czyżby Akademia chciała pokazać, że nie powinniśmy jej kojarzyć tylko z komercją?? nie w najbliższym czasie... Genialność "Bestii" została potwierdzone w Sundace w tamtym roku (nagrody Sundance za dany rok są rozdawane na początku roku, czyli "Bestie" nagrodę dostały w styczniu 2012r.), kiedy otrzymała nagrodę za najlepszy film.








Kto nie widział, a lubi kino niezależne to pozycja obowiązkowa. (nie każdy się ze mną zgodzi i nie będzie go wynosić na wyżyny, wychwalać, wywyższać itp. itd. , ale o gustach się nie dyskutuje, podobno)


sobota, 23 lutego 2013

Ruch to zdrowie! Part 1

Już za zakrętem wiosna :) Na samą myśl pojawia się uśmiech na buzi :D
Zrzucimy grube kurtki i ciężkie buty..  chyba każdy już o tym marzy.
Zrzucić wypadałoby też to, co cała zimę się zbierało i ukrywało pod grubymi płaszczami. Najlepszym sposobem na, to jest ruch. Ruch w każdej postaci.. Choćby szybki marsz na przystanek. Ale nie do takiego ruchu chcę tu zachęcać. Trochę wysiłku i regularności nie zaszkodzi. Jeśli nawet nie uda się spaść z wagi lub stracić kilku kilogramów, bo nasz organizm jest oporny, to warto ujędrnić nasze ciało.

Jeszcze do nie dawna, nie pomyślałabym, że ja wielki leń będę tak ochoczo ćwiczyć, baaa codziennie ćwiczyć. Zaczęło się niewinnie, od wykupienia karnetu na siłownie, a aktualnie ćwiczę minimum 30 minut ćwiczeń/ruchu dziennie. Do minimum ograniczam się bardzo rzadko. Mogłabym tu napisać, aby na początku ćwiczyć 2-3 razy w tygodniu, ale tego nie zrobię, bo ja od razu starałam dawać z siebie 100%. Mięśnie bolały, ale jak nie boli, to nie ma efektów. Im częściej tym lepiej a zmiany zobaczymy już po miesiącu.

 

Codziennie o 6:30< , wskakuję w wygodny stój i poświęcam 20-40 minut na ćwiczenia całego ciała. Zaczynałam od 10 minutowych ćwiczeń z Mel B (w sieci można znaleźć kilka 10 minutowych filmików z ćwiczeniami na poszczególne części ciała, od brzuch, ramion, przez nogi aż do pośladków, są również dłuższe filmiki tak zwane body workout.. robimy mix paru i do dzieła), kolejno znalazłam ćwiczenia na całe ciało z Ewą Chodakowską, 30-40 minut (tak samo do znalezienia w sieci). Choć początki były bardzo trudne i nie raz myślałam o porzuceniu ćwiczeń teraz weszło mi, to tak w nawyk, że zaraz po przebudzeniu szykuję się do ćwiczeń. Wybieram, w zależności od humoru, dnia i ochoty odpowiednie filmiki i let's go! Pewnie, gdyby nie efekty, satysfakcja, radość i kop energii na cały dzień odpuściłabym sobie.... ale to naprawdę działa.. Po takich ćwiczeniach z przyjemnością wychodzę do pracy. 

Taki rodzaj ruchu praktykuję czasami 2 razy dziennie (popołudniu/wieczorem dużo lepiej mi się ćwiczy). Dlaczego czasami? A no dlatego, że moja aktywność fizyczna nie kończy się tylko na ćwiczeniach w domu. Swoje baterie doładowuje też w inny sposób oczywiście związany ze sportem, ale to w kolejnych częściach. 


Dzisiejsze ćwiczenia:
Daje to 35 minut treningu + krótkie rozciąganie mięśni


Ps. Gdybym kiedyś zwątpiła, bo kilka miesięcy ćwiczeń nie gwarantuję, że będę tak robić latami, to niech mnie kopnie w dupsko ten, kto może ;)

Nie ma wymówek!! Do dzieła!!